Sobotnia kawa: Halo, Leszno? Możecie już lądować!

Już wieszano im złote krążki na szyjach, a w szafie prezesa Rusieckiego w amoku szukano marynarki, którą można by spalić podczas mistrzowskiej ceremonii. Aż do wczoraj. Do małego Leszna przyjechał WIELKI Wrocław i udowodnił, że sport to jest jednak piękna, nieprzewidywalna rzecz. 

Jeżeli ktoś chciałby zareklamować żużel w najdalszych zakątkach naszego globu powinien jak najszybciej zgrać wczorajszy mecz, zapakować do pięknej koperty i wysłać na wskazany adres. Bardziej wypromować się tego nie da! Bieg 8. i 9. to poezja sama w sobie, przy której Shakespeare wyrzuciłby swoje największe dzieła do kosza. Wyścigi, w których nie możesz mrugnąć, bo stracisz jedno z licznych przetasowań.

Na miejscu nSport+ wydałbym teraz złotą edycję BluRay z tylko tym spotkaniem i czekał jak licznik na koncie rośnie. Jeśli byłaby możliwość otrzymywania nagród, wzorem tych z rynku muzycznego, platyna byłaby gwarantowana.

FOGO Unia według wielu obserwatorów (w tym również mnie!) po zlaniu do nieprzytomności Ekantor.pl Falubazu urosła do miana faworytów PGE Ekstraligi. Mało tego, fani w Lesznie mieli podstawy by swobodnie bujać w obłokach, snuć sny o potędze, a przed każdym kolejnym meczem na Smoczyku zastanawiać się czy z przodu dwucyfrowego wyniku będzie 6, czy 5? Wszyscy oni dostali wczoraj obuchem w tył głowy i dziś budzą się na wielkim kacu. Wyimaginowana hegemonia Byków trwała tylko jedną kolejkę. Koniec. Schodzimy na ziemię. Faworyt zawiódł, albo… mamy zupełnie nowego.

Szacun dla Sparty. Przyjechali do Leszna bez choćby najmniejszego cienia kompleksu w stosunku do rywala, a ostatni wynik  z „Zielonką” nie zrobił na nich żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie. To oni wyglądali na jadących u siebie, a skrępowana Unia musiała ciągle szukać, bo najwyraźniej ktoś zepsuł im nawierzchnię. Tu nawet nie ma za bardzo kogo wyróżniać, bo wrocławianie stanowili piekielnie mocny i zgrany team. Monolit. Tam każdy, nawet ze słabiej jeżdżącym tego wieczoru Lebiediewem robił dobrą robotę. Ok, jednego z nich trzeba tutaj wymienić – Maksym Drabik. Facet w skórze z żelaza. Przy Piotrze Pawlickim, stałym uczestniku Grand Prix wyglądał wczoraj jak Leo Messi postawiony obok Ryśka z okręgówki. Przepaść. Rafał Dobrucki może być dumny z postawy swoich podopiecznych. To zwycięstwo musi generować doznania nawet u największych malkontentów speedwaya.

Po stronie leszczyńskiej najbardziej zadowolony spokojnym jest dzisiaj tylko Grzesiek Zengota, oglądający wczorajszą niemoc kolegów z parku maszyn. Piotr Baron nie ma wyjścia i po prostu musi dać mu szansę. Za kogo? Nie potrzeba wielkiej znajomości żużla, żeby wskazać na Nicki’ego. Jego występ najdobitniej określił wczoraj Mirek Jabłoński: – Chciałbym robić tyle punktów, co Nicki dzisiaj stracił.  :roll:

Dziękujemy. Można gasić światło.

PS. Piękna jest ta liga! ;-)

fot. Jakub Piasecki  /  źródło: Cyfrasport