Sobotnia kawa: Nas ne dogonyat

Mistrzostwo Polski Szymona Woźniaka to była ledwie zapowiedź nadchodzących, sensacyjnych rozstrzygnięć w żużlowym świecie. Cuda i dziwy działy się nie tylko na torze w Vastervik, czy w kosmicznym barażu w Lesznie. Swoje trzy grosze dołożył też omawiany od piątku „Ciekawy przypadek Grigorija Łaguty”

Finał DPŚ bez Australii i Danii. Jeśli ktoś przewidział takie rozwiązanie tegorocznego turnieju niech lepiej prędko biegnie do najbliższego punktu totalizatora. Najprawdopodobniej zgarnie zaraz niezłą sumkę. Reprezentacja Rosji wyszła naprzeciw okrutnym zrządzeniom losu i nieprawdopodobnej głupocie/bezmyślności/naiwności/cwaniactwa* (*-niepotrzebne skreślić) swojego kolegi wygrała baraż w składzie: Emil SajfutdinowGleb CzugunowWadim Tarasienko i Andriej Kudriaszow. Jeżeli ktokolwiek z Was tego nie widział, niech nie próbuje się szczypać. Tak było.

Australijczycy byli bezsilni? Banał. Faworyci piątkowych zawodów i potencjalni najgroźniejsi rywale Polaków w finale wyglądali jak czterolatek zabierający się za puzzle z 1000 kawałków. A kiedy Jason Doyle i spółka próbowali łączyć ze sobą niepasujące elementy, Sborna atakowała z każdej strony (najczęściej jednak przy krawężniku). Szalał Sajfutdinow, błyszczał nieopierzony jak kogut prezesa Mrozka Czugunow (koguta pokażę na końcu), a niczym woły harowały asy Nice 1. LŻ Tarasienko i Kudriaszow. Kangury, przyzwyczajone do tej pory do ciepłej i słonecznej pogody zostały poturbowane syberyjskim mrozem. Show nie z tej ziemi, a my mogliśmy przecierać oczy ze zdumienia.

Oznaką słabości Australijczyków był ostatni bieg zawodów. Będący już myślami przy ciepłej wodzie z leszczyńskiego prysznica Troy Batchelor tracił kolejne pozycje. Ale nie on jeden i nie tylko wtedy. Wbrew pozorom dziś z ekipą Marka Lemona wygrałby nawet Get Well z Torunia. Swoją drogą, w obu jeździ słaby w tym sezonie Chris Holder – przypadek?

Niemniej jednak, trzymam kciuki za Holdera jak i za każdego, komu nie wychodzi i w odmętach żużlowego szaleństwa próbuje gdzieś odszukać samego siebie. Patrząc jednak na jazdę Kangurów nie dało się nie zauważyć, że brakuje im energii (za mało Monstera?) i zadziora, którym aż po oczach biło od każdego Łotysza, czy Amerykanina. Pazur, ząb, dynamiczność – nazwijmy to sobie jak chcemy. Australia w tegorocznym Drużynowym Pucharze Świata tego nie miała i tym samym zaliczyła największą po Duńczykach wpadkę w sezonie 2017.

Ale sezon trwa. 🙄

A teraz obiecany kogut. W tym Rybniku to teraz rzeczywiście tylko rosół pozostało zrobić.