Ślączka zawiedziony postawą zawodników

Orzeł Łódź w bardzo trudnej sytuacji w kontekście walki o finałową czwórkę Nice 1. LŻ. Żeby znaleźć się w play-off zespół Janusza Ślączki musi liczyć na potknięcia innych drużyn. – Marnie to widzę – powiedział po meczu z Grupą Azoty Unią Tarnów trener łodzian.

W sobotę łodzianie zaprzepaścili szansę na pozycję wicelidera pierwszej ligi. W starciu z tarnowską Unią momentami byli bezsilni, popełniali błędy, a nawet odpuszczali biegi. – Nie mam dobrego nastroju, bo mogliśmy ten mecz wygrać – stwierdził po spotkaniu Janusz Ślączka. – Pogubiliśmy punkty, słabo pojechali juniorzy, a Edek (Mazur przyp. RM) jechał na prowadzeniu i zrobił szkolny błąd u siebie na torze. To nie powinno się zdarzyć. Później zjeżdża z toru i punkty uciekają. No, ale drużyna jechała na ile mogła. Przykro mi z tego powodu – skomentował postawę swoich zawodników.

Według Ślączki nie wszyscy jego podopieczni podeszli do tego spotkania profesjonalnie, choć sztab szkoleniowy robił wszystko, żeby mecz ułożył się po ich myśli. – My robimy wszystko jak najlepiej. Nie śpimy po nocach, żeby tor przygotować jak najlepiej dla zawodników, ale oni też muszą od siebie coś dać, żeby w drugą stronę pojawiła się ta satysfakcja z wykonanej pracy – dodał.

Teraz przed Orłem arcytrudne zadanie. Nie dość, że muszą wygrać dwa ostatnie mecze (u siebie z Euro Finnance Polonią Piła i na wyjeździe z Arge Speedway Wandą Kraków), to jeszcze liczyć na błędy najgroźniejszych rywali. – Trzeba się spiąć i stanąć na wysokości zadania. Wierzę w czwórkę, bo mamy jeszcze dwa mecze. Gdybyśmy je wygrali, a inne spotkania poukładają się po naszej myśli, to szansa jest. Jeżeli jednak drużyna pojedzie tak jak dziś, to marnie to widzę. My nie możemy też patrzeć na innych, tylko wygrywać mecze u siebie – zaznaczył.

Trener Orła Łódź w dalszym ciągu nie mógł skorzystać z usług Aleksandra Łoktajewa. Rosjanin nadal odczuwa skutki kontuzji, której nabawił się na Łotwie. – Łoktajew nie czuje się najlepiej, ale zachował się profesjonalnie. Przyszedł do mnie i powiedział: „Janek, słuchaj nie czuję się najlepiej, nie trenowałem i nie wiem, czy dam radę pojechać”. Wiedziałem, że tor jest ciężki i nie chciałem ryzykować. Już wcześniej ściągnąłem sześciu seniorów, a że nie trenowaliśmy w piątek to szybko podjąłem decyzję, że pojedzie Gleb Czugunow – opisał sytuację Ślączka.

Niewiele brakło, a w sobotnim meczu nie pojechałby też Hans Andersen. Duńczyk zaginął gdzieś w drodze na stadion, ale dzięki staraniom łodzian udało się przesunąć mecz o pół godziny i żużlowiec zdążył na swój pierwszy bieg. – Coś tam się spóźnił troszkę… No… Robiliśmy wszystko, żeby zdążył – opisywał nieśmiało całą sytuację trener Orła. – Teraz szef sobie z Hansem pewnie porozmawia, żeby przylatywał jednak wcześniej, ale to już sprawa pana Witolda. Mogliśmy trochę opóźnić ten początek, no to opóźniliśmy – zakończył Janusz Ślączka.

fot. Paweł Wilczyński