Żużlowe eskapady: sushi od Skrzydlewskiego

Sympatyczni i otwarci ludzie – tym na tle całej żużlowej Polski wyróżnia się dziś pierwszoligowa Łódź. Na stadionie Orła, choć brakowało prądu, nie zabrakło ciepłej atmosfery i dobrego sushi. 

Reguła „Gość w dom, cukier do szafy” w Łodzi nie obowiązuje. Mimo, że obecny stadion przy ulicy 6 Sierpnia swoim wyglądem bardziej odstrasza niż zachęca, miejscowi działacze nadrabiają niebywałą uprzejmością. W ostatnią sobotę zaliczyłem jeden z najciekawszych żużlowych wyjazdów, choć początek wizyty w żaden sposób tego nie zapowiadał.

Na trzy godziny przed meczem melduję się w mobilnym punkcie akredytacyjnym, w który na czas ligowych spotkań zamienia się ciemny łódzki minivan. Mniejsze samochody robiły za kasy biletowe. Odbieram akredytację i ruszam w stronę lasu. Serio. Wejście na obiekt Orła prowadzi przez leśną dróżkę oraz piłkarskie boisko, gdzie przez cały czas dzieciaki haratają w gałę. To już jedno z ostatnich tego typu wejść, bo tuż obok wzrok przykuwa olbrzymia betonowa konstrukcja, która lada moment przemieni się w nowoczesny stadion.

Na stanowisku pracy, mieszczącym się na trybunie VIP konsternacja – Gdzie do cholery jest gniazdko!? – miałem nadzieję, że krzyknąłem tylko w myślach.

– Panie! Telewizja prąd zabrała – tłumaczy mi jeden z porządkowych, dając do zrozumienia, że jeśli zechcę prowadzić relację, muszę skoczyć do elektrycznego i zakupić jakieś 40 metrów kabla, albo powypinać redaktorów Olkowicza i Korościela. Oba pomysły były kiepskie, więc pomocy poszukałem w parku maszyn.

Żużlowy parking też zrobił na mnie „wrażenie”. Po piątkowej ulewie wyglądał jak miejsce, gdzie młodzi adepci żużla mogą do woli trenować wyjścia spod taśmy lub jak teren przeznaczony na kolejną edycję Runmageddonu.

W obu ekipach wyraźne skupienie. Czaja skrupulatnie przekręca śrubki, Mroczka relaksuje się w swoim boksie, a Sasha Łoktajew pomaga rozłożyć stolik młodszemu koledze z Rosji. Czugunow wydawał się nie przejmować ani wagą sobotniego spotkania z Grupą Azoty Unią Tarnów, ani ekstremalnie ciężką nawierzchnią. Tylko Hansa Andersena jakoś nie było widać…

– Znakomita jest ta kawa – rozkoszował się team Patryka Rolnickiego napojem z jednej ze stacji paliw, podczas gdy ja ciągle nie miałem prądu. Wróciłem do pana od porad unicestwienia transmisji telewizyjnej.

I co, ma pan ten prąd? – rzucił w moją stronę, jakbym wyglądał na gościa, który przyniósł trochę elektronów w kieszeni.
– Nie, ale może ma Pan przedłużacz, taki z 30 metrów? – odpowiedziałem, sam nie wierząc w to co mówię.
Chodź pan!

Momentalnie znaleźliśmy się w garażu, gdzie stał piękny motocykl, prawdopodobnie własność Witolda Skrzydlewskiego. Nie dopytywałem. Chciałem przedłużacz.

– Weź pan tamten i pójdziemy sprawdzić, czy działa – mój nowy kolega wskazał na pomarańczowy kabel i zaprosił do kanciapy, w której jego kumple (najprawdopodobniej pracownicy klubu odpowiedzialni za sprzęt i przygotowanie toru) podłączyli stare radio. – Gra! Działa! – ucieszyli się bardziej niż ja.
– Super! Oddam po meczu.
– Wiem, inaczej bym panu nie dał! He he he – rzucił z oczywistą oczywistością.

Po drodze do sektora dla mediów wpiąłem się w gniazdo przy stanowisku do rozlewania piwa, którego właściciel wykazał się kolejnym tego dnia przykładem serdeczności. Na miejscu usiadłem obok prawie ograbionych z prądu kolegów z Eleven. Niczego się nie domyślali. Rozpoczął się mecz festiwal opóźniania zawodów. Dla łodzian celem numer jeden na ten moment było jak najdłuższe odwlekanie pierwszego biegu, bo w parku maszyn ciągle brakowało Andersena. Duńczyk ostatecznie wbiegł do swojego boksu z półgodzinnym opóźnieniem. – Czemu on się nie przebrał w taksówce? – ironizował Piotr Olkowicz.

W sektorze VIP nikt nie miał o to pretensji, bo obsługa właśnie zorganizowała prawdziwą ucztę. Na stołach oprócz kilku rodzajów pizzy pojawiły się przeróżne smakołyki, a nawet sushi. Prezes Skrzydlewski pokazuje tym samym, że o swoich darczyńców i gości potrafi dbać jak nikt inny. Mała rzecz, a jakże istotna wizerunkowo. Być może zabrakło jedynie przyczepności, o której podczas DPŚ wspomniał Zbigniew Boniek, ale nikt – łącznie z obecnym na stadionie posłem Piotrem Apelem nie mógł narzekać. Inne kluby, włącznie z tymi ekstraligowymi niech biorą Łódź za przykład. Choćby za to, należy im się ten dach na nowym stadionie.

Słabe sportowo widowisko zakończyło się zwycięstwem gości z Tarnowa. Nie pomogły gaźnikowe protesty i prace torowe od wczesnych godzin porannych. Na pomeczowej konferencji prasowej, która w Łodzi odbywa się przy budce telefonicznej, trener Janusz Ślączka nie krył rozczarowania. –  Marnie to widzę – ocenił szanse Orła na awans do play-off. W obozie tarnowskim zgoła odmienne nastroje. – Teraz czekamy tylko na rywala w półfinale – rzucił w lakonicznej wypowiedzi szkoleniowiec gości Paweł Baran i udał się do szatni. Inni żużlowcy także zniknęli z pola widzenia. Jedynie Jakub Jamróg cieszył się sporą popularnością i chętnie udzielał wywiadów. Artur Mroczka wyraźnie podenerwowany nie był zainteresowany. Złapałem Czugunowa, który opowiedział mi o początkach swojej kariery, po czym zostałem z ostatnią misją dnia. By uniknąć pościgu łódzkich porządkowych musiałem zwrócić przedłużacz.

W kantorze pracowników klubu znów sympatyczne uśmiechy. Jeden z nich delektował się sałatką.
– Zostaw pan to tutaj. Przecież nie ucieknie! He he he – uśmiechnął się, po czym wsunął kolejny kęs smakołyku.
– Sympatyczni Ci łodzianie – pomyślałem i udałem się do samochodu.

Bezwzględnie do Łodzi trzeba wrócić. Koniecznie o pustym żołądku i… z własnym przedłużaczem.

Czytaj także na przeglądsportowy.pl

fot. Paweł Wilczyński