Czarna strona czarnego sportu. Spoczywaj w pokoju Tomku

Długie godziny zbierały się we mnie myśli, które mimo olbrzymich niechęci skłaniają do tego by usiąść i spisać te kilka zdań. Do teraz trudno to sobie uzmysłowić, ale nie ma już z nami kolejnego wielkiego człowieka. Tak, wielkiego, bo w istocie każdy z żużlowców taką właśnie jednostką jest. Kolejny raz środowisko żużlowe łączy się w bólu. Chciałbym, aby śmierć Tomasza Jędrzejaka zmusiła nas do refleksji i dostrzegania najczarniejszych obszarów czarnego sportu. Igrzysk, które od czasu do czasu zbierają swoje żniwo…

Tomka Jędrzejaka nie znałem osobiście, ale był dla mnie żużlowcem wyjątkowym. Jeszcze zanim pojawiłem się w mediach sportowych przykuł moją uwagę wielkim herbem Manchesteru United na swoim kasku. Już wtedy wiedziałem, że Ogórowi kibicować będę zawsze i wszędzie. Przygoda z tarnowską Unią była krótka i trudna, ale dziś nabrała zupełnie nowego znaczenia i patrzę na nią z zupełnie innej perspektywy. To jednak wspomnienia, które naturalnie rodzą się w każdym z nas. Wspólne zdjęcia, sytuacje, czy nawet konkretne wyścigi, kiedy Ogór prezentował charakterystyczną dla niego zadziorność. Chciałbym, aby wzbudziły one w nas jednak nie tylko te emocje.

Czy Tomasz Jędrzejak walczył z depresją? Nie wiem tego. Nie chcę nawet ferować wyroków, ale wszystkie relacje osób blisko związanych zawodowo z żużlowcem zdają się potwierdzać charakterystyczne dla tej choroby symptomy. Człowiek zmagający się z tym podłym cierpieniem przeważnie nie okazuje objawów walki. Wręcz przeciwnie, potrafi obsypywać niewymuszonym uśmiechem, żartować i być duszą towarzystwa. Chory na depresję nie mówi, że choruje. Rano idzie do sklepu po bułki, jedzie do pracy, wstępując na stację benzynową, a wieczorem wspólnie z rodziną ogląda popularny serial komediowy. Dopiero w odosobnieniu i w ciszy toczy walkę z samym sobą, bitwy jedną po drugiej, często prowadzące do realizacji najczarniejszego scenariusza. Depresja jest gorsza niż każde fizyczne kalectwo. Historia Roberta Enke jest dosadnym tego przykładem. Niemiecki bramkarz zanim rzucił się pod pociąg pojechał zmienić olej w samochodzie, odwiedził swojego masażystę i klub piłkarski. Wszyscy myśleli, że trudne załamanie, z którym się zmagał minęło, że już jest lepiej. Nie było. Enke po prostu podjął decyzję.

Trudno jest mi dziś (wręcz nie mogę tego robić) stwierdzać, że z naszym Tomkiem było tak samo, ale jeśli nawet to po prostu starajmy się całą tę sytuację jakoś zrozumieć, a już na pewno nie oceniać. Niech wreszcie każdy z nas postara się choć na chwilę wejść w skórę żużlowca, uświadomić sobie raz na zawsze, że ci twardzi na torze faceci są takimi samymi ludźmi jak my, z takimi samymi troskami, takimi samymi problemami i obowiązkami życiowymi. Dziś jestem zły na żużel. Dopada mnie wściekłość na moją ukochaną dyscyplinę, za to że jest okrutnie ciężką i bezwzględną. I wcale nie chodzi tu o samą technikę, czy fizykę tego sportu. Zawodnik oprócz presji wyniku, musi wielokrotnie zmagać się z ciągle więcej i więcej wymagającym kibicem, wrednymi i szukającymi taniej sensacji dziennikarzami, klubem, czy wreszcie z samym sobą. A przecież do tego dochodzi ogromne ryzyko utraty własnego zdrowia i życia. Fala hejtu, z jaką zmagają się osoby starające się zorganizować nam te igrzyska żużlowe (zawodnicy, trenerzy, sędziowie) często o kilometry przekracza granice wszelkiej przyzwoitości. Jeśli ktokolwiek myśli, że oni wszyscy są na to odporni i potrafią nad tym przejść do porządku dziennego, jest po prostu w wielkim błędzie.

Spoczywaj w pokoju Tomku. Dziękuję za każdy bieg.

fot. Kamil Woldański