Gorzowski finał daleko za rybnickim. Olimpijski znów był elektryzujący

Żużlowa niedziela wyglądała mniej więcej tak jak koncert Justina Biebera, którego supportuje The Rolling Stones. Danie główne, jakim był gorzowski finał w najlepszej żużlowej lidze świata okazał się dużo mniej strawny od przystawek we Wrocławiu i Rybniku. Potrawa po gorzowsku znowu wyszła… średnio.

Gorzów

Pewnie znajdą się i tacy, którzy będą mocno przekonani, że mecz Stali z Unią był dobrym, bo przecież zaciętym spotkaniem dwóch najlepszych i najszybszych ekip w sezonie 2018. I pewnie patrząc na końcowy rezultat ciężko podważać takie argumenty (46:44). Prawda jest taka, że większość z nas nie chce oglądać tak kiepskich zawodów, gdzie atrakcyjność widowiska jest porównywalna z występem tancerzy baletu mongolskiego. Przyczyna? Żadnej niespodzianki – gorzowski tor jest koszmarnie nudny. Stawiam, że więcej frajdy sprawia trzymanie dmuchawy Pedersenowi, albo patrzenie na trening szkółki żużlowej. Szkoda. Odniosłem wrażenie, że i sztab szkoleniowy Stali tego dziś żałuje, a i kibice jakby stwierdzili, że widowisko nie jest warte ustalonych w Gorzowie cen biletów.

Finał i złoto będzie dla Leszna. Pewnie, że to sport i pewnie, że Gorzów nieźle radzi sobie na Smoczyku. No ale tam na meczu będzie już Janusz Kołodziej. Jeśli bez niego zespół Piotra Barona robi 44 na arcytrudnym terenie to… no sami wiecie. Nie martwcie się gorzowianie – srebro też ładnie wygląda.

Wrocław

Nie ma się co oszukiwać. Mecz o brąz jest takim smutnym pożegnaniem sezonu dla ekip w nim startujących, choć nie można powiedzieć, że żadna z nich nie przystępuje do niego w pełni na serio. Duże brawa dla Sparty za wynik, a dla obu zespołów owacje na stojąco za stworzone widowisko na Olimpijskim. Wreszcie. Jeden z lepszych spotkań w tegorocznej PGE Ekstralidze. Do tego nic się nie zepsuło, elektryk był na miejscu, no i Pani Krysia mogła bujać się nieco radośniej. Wynik 51:39 na korzyść wrocławian wcale nie oznacza, że brązowe medale są daleko od Częstochowy. O tym zresztą wspomniał nawet Tai Woffinden, dla którego przewaga dwunastu punktów jest… niewielka.

Za tydzień rewanż i być może ostatni mecz Tobiasza Musielaka w PGE Ekstralidze (na razie). Chodzą słuchy, że wychowanek klubu z Leszna może spróbować sił piętro niżej. Zobaczymy.

Rybnik

Wojna w Nice 1. LŻ. Kosmiczna. Oczami wyobraźni już widzę te sceny z rybnickiego finału w plecione w kadry najnowszej części sagi George’a Lucasa. W dodatku nastrój konfliktu zbrojnego wprowadził sam prezes Mrozek, nakazując pomalowanie twarzy mechaników w klubowe barwy. Efekt? Bombowy.

„Fantastic”, „дивовижно”, „fantastycznie”, „изумительно” – donosiło się po wygranym przez ROW finale z lubelskim Motorem z parku maszyn gospodarzy, w każdym z dostępnych w tym miejscu języku świata. W samym meczu działo się tyle, że jeśli podobną ilość mijanek chcielibyście zobaczyć w Krsko, musielibyście się tam osiedlić, założyć rodzinę i liczyć na prawnuki, które pomogą gdy już stracicie wzrok. Świetny żużel i emocje godne finału. W rezultacie rybniczanie mają teraz 14 punktów przewagi, więc w Lublinie muszą skutecznie główkować jak tak dużą stratę zniwelować. Wielki plus na pewno dla Andreasa Jonssona. Szwed po sobotnim karambolu w Chorzowie, na torze sprawiał wrażenie jakby dzień wcześniej jedynie nadepnął na czyhający znienacka klocek Lego. Podziwiam.

Nie obyło się bez kontrowersji, ale raczej ze wszystkich decyzji Pan Krzysztof Meyze dziś się obroni. Najwięcej tarć dostarczyło wykluczenie Dawida Lamparta w biegu 12. po kontakcie z Lebiediewsem. Komentarze sugerujące na przychylność sędziego można jednak wyrzucić do kosza. Wcześniej bowiem (prawidłowo) wykluczył Karpova i wspomnianego już Łotysza. Lublin musi walczyć. Szanse ciągle są.

fot. Kamil Woldański