Mechanik – cichy bohater speedwaya

W trakcie każdego meczu żużlowego emocje sięgają zenitu. Fani przekrzykują się nawzajem w gorących owacjach, gdy ich ukochana drużyna wygrywa kolejny bieg 5:1. Jednak na stadionie, trybuny to niejedyne miejsce, gdzie atmosfera jest naprawdę napięta. Prawdziwy mecz dzieje się za kulisami, w parku maszyn. Z kolei tam największą rolę odgrywają mechanicy, którzy często są zapomniani przez media oraz kibiców. O drugiej stronie żużla opowiedział Christian Søfeldt Nielsen i Arkadiusz Andrzejewski.

Christian nie trafił do teamu Frederika Jakobsena bez powodu – jak sam mówi, żużel zawsze był częścią życia jego rodziny. – Mój ojciec ścigał się za życia na żużlu, przez co jako dziecko dużo czasu spędziłem na stadionach. Ponadto, moim kuzynem jest Mikkel Michelsen, tegoroczny zawodnik Wybrzeża Gdańsk. Natomiast mój ojczym był mechanikiem dla Nickiego Pedersena przez dekadę i to właśnie z nim Nicki zdobył pierwszy tytuł mistrza świata. Dlatego stanie się mechanikiem żużlowym było dla mnie zaledwie kwestią czasu. Podobna sytuacja zaistniała u Arka, który zanim zaczął pracę dla Władimira Borodulina, najpierw próbował swoich sił jako zawodnik. – Udało mi się zdać licencje w Bydgoskiej Polonii, lecz ciężko mi było przebić się do składu, sprzętu za dużo nie miałem, a i talentu też, stąd moja decyzja o zostaniu mechanikiem. Obydwoje nie żałują wybranej ścieżki życiowej. – Jestem cały czas przy żużlu, który kręcił mnie od małego, a ta praca sprawia mi przyjemność. Na ten moment nic lepszego dla siebie chyba bym nie znalazł – mówi współpracownik Wowy.

Każda praca ma swoje wady i zalety – w tym wypadku moi rozmówcy zgadzają się, że jednym z największych plusów jest możliwość zdobycia cennego doświadczenia życiowego, a także poznanie różnorodnych kultur. Jednakże jak to w żużlu bywa, trzeba też wspomnieć, że konsekwencją tego jest nie tak częste przebywanie w domu. Kolejno, czymś na co każdy mechanik może narzekać, jest zbyt mała ilość snu. – Obowiązki mechanika nie ograniczają się tylko do pracy na zawodach – to wiele godzin spędzonych w warsztacie oraz w vanie – podkreśla mechanik Fredki. Widać to nawet na profilach społecznościowych każdej z ekip – w trasie mechanik zamienia się w kierowcę i długie godziny spędza za kierownicą, chcąc dopilnować, by jego zawodnik był wypoczęty na następne zawody. – Do wad można zaliczyć na pewno to, że często trzeba się naprawdę spiąć, by zdążyć z jednych zawodów na inny turniej. Najtrudniejszym momentem w mojej karierze był pierwszy, samotny wyjazd na IMEJ aż do Lamothe-Landerron, gdy pracowałem u Sergieja Logacheva, Miałem wtedy do przejechania 2100 km, więc było to dla mnie duże wyzwanie. Na szczęście podołałem, dlatego dobrze to wspominam. Zresztą Sergiej stanął wtedy na najniższym stopniu podium – przywołuje Arkadiusz. Nasuwa się wniosek, iż nie tylko żużlowcom potrzebne są duże pokłady motywacji w trakcie sezonu – według Christiana najważniejsze są chęci. – To właśnie one ciebie trzymają w tym, co robisz. Gdy pewnego dnia wstanę, nie mając ochoty na dalszą pracę w warsztacie lub na torze, wtedy będę wiedział, że czas skończyć ten etap w moim życiu i zmienić zawód.

Zagłębiając się w życie prawych rąk naszych poznańskich zawodników, wydaje się, że mechanik to człowiek orkiestra – nie ma rzeczy, której nie potrafi zrobić. Polaka i Duńczyka można opisać za pomocą wielu cech charakteru – umiejętność radzenia sobie ze stresem wydaje sie być tutaj kluczowa, z racji tego, że po każdym biegu jest wiele rzeczy do zrobienia. Arek, zapytany o atuty dobrego mechanika, wspomina również o kreatywności i sprawności w działaniu, gdyż czasem konieczne jest wypróbowanie nieszablonowych rozwiązań. „Roman” podchodzi do tego z innej strony i zaznacza rolę lojalności, ponieważ każdy z nich musi dochować tajemnic teamu, do którego należy. Mimo wszystko, czy to oddanie może przeistoczyć się w przyjaźń? Pojawiają się plotki w środowisku żużlowym, iż nie wszyscy zawodnicy potrafią dobrze traktować swoich pomocników. Przykładem tego jest sytuacja z Matejem Zagarem z sierpnia 2015 roku, gdy ten po jednym z wyścigów Grand Prix w Gorzowie uderzył swojego mechanika, a sprawa zakończyła się w sądzie. Jak jest więc naprawdę? Czy relacja mechanik-zawodnik opiera się na zasadzie hierarchii? – W większości teamów tak to właśnie wygląda. Powodem tego jest to, że w dniu zawodów wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Jednak w naszej drużynie nie występuje hierarchizacja, ponieważ uważamy, że kluczem do dobrej współpracy jest stawianie mechanika oraz zawodnika na równi. Fredka to mój najlepszy kumpel, czas spędzony z nim nie zamieniłbym na nic innego na świecie. Obydwoje jesteśmy skoncentrowani i ciężko pracujemy na to, by osiągnąć wspólne cele. W naszej relacji nie ma też miejsca na zazdrość – jestem szczęśliwy, że mogę być przy nim od początku jego kariery. Co ważniejsze, nigdy nie poczułem się przez niego niedoceniony – tłumaczy Chrisser. Słowa zarówno Arkadiusza, jak i Christiana, udowadniają, że w pracy nie opłaca się stosować rękoczynów. Wręcz przeciwnie – traktowanie się jak równy z równym, może zaowocować w znajomość na całe życie. – Z Wowką pracuje mi się bardzo dobrze, spędzamy również razem czas poza żużlem. Chwali mnie, a na dodatek nie odmawia pomocy, kiedy jej potrzebuję. Wcześniej pracowałem u innych zawodników, lecz nasze drogi się rozeszły i nie mogliśmy już razem współpracować. Pomimo tego, nadal jesteśmy dobrymi znajomymi oraz mamy ze sobą kontakt.

Na sam koniec, warto poruszyć kwestię mitu, który od wielu, wielu lat obija się wszystkim o uszy. Niektórzy twierdzą, iż istnieje wielka przepaść pomiędzy mechanikami zagranicznymi a polskimi. Jak mówi Arek – nie nam to oceniać. To pytanie raczej należałoby zadać jakiemuś zawodnikowi. Aczkolwiek tak naprawdę wiadomo, że ile jest ludzi, tyle znajdziemy różnych opinii. Duńczyk zajmuje odmienne stanowisko. – Zdecydowanie uważam, że jest to mit, iż polscy mechanicy są lepsi, niż ci zza granicy. Wszystko zależy od tego w jaki sposób działa dany team. Dla zawodnika z Danii tu chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze, ponieważ polscy mechanicy są o wiele bardziej tani niż Duńczycy przez dziurę ekonomiczną pomiędzy naszymi krajami. Natomiast jeśli patrzeć na aktualnego mistrza świata, Jasona Doyle’a, to nie widać żadnego polskiego mechanika. Tak więc według mnie jest to nieprawda.

A więc drodzy kibice oraz dziennikarze – pamiętajmy o tym, że sukces zawodnika to ciężka praca całego zespołu, nie jednej osoby. Każdy cichy bohater zasługuje na uznanie.

Angelika Garczyk