Kuchnia żużlowa #1: łubudubu, łubudubu…

Nowy sezon to – odkąd jestem bliżej żużla – zawsze czas na nowe wyzwania. W myśl zasady „jak się nie rozwijasz, to się cofasz”. W ubiegłym roku wystartowała ta witryna, w 2018 przyszedł czas na kolejne szlagiery. 😉 Nie powinniście narzekać, choć o nowościach poinformuję w odpowiednim dla nich czasie. Na początek otwieram zapowiadaną już na fejsie #KuchnięŻużlową, w której zobaczycie to, czego nie pokaże telewizja i nie opiszą media. Dziś trochę o żużlowych bossach. 

Chyba każdy zna tę przyśpiewkę z kultowego „Misia”. Bycie prezesem to nie taka prosta sprawa jak wielu się wydaje. Jedni Cię kochają, inni nienawidzą, jeszcze inni chcą się z tobą zaprzyjaźnić, żeby tylko mieć z tego jakieś profity, albo zwyczajnie się polansować. Dla niektórych to przywilej, dla innych praca, a dla kolejnych forma relaksu i kaprys, na który łożą z własnej prywatnej kieszeni. Koniec końców wszystko i tak zawsze kręci się wokół pieniądza.

W sporcie żużlowym poznałem ich kilku. Nie wszystkich, nie dziesiątki, a jedynie kilku. Za każdym razem okazywało się, że to postacie nietuzinkowe, charakterne i wyraziste, co niekonieczne jest tożsame z tym, że na zajmowane przez siebie stanowisko nadają się w 100%. W swojej krótkiej pracy nie pamiętam prezesa, który przyznałby się do jakiegoś błędu. To dość znamienna cecha żużlowego prezesa, choć i z nią większość naprawdę przykłada się do tej roboty. Poza tym możemy ich podzielić na kilka ciekawych typów.

Prezes mentor

Taki, który przez cały mecz będzie towarzyszył zespołowi w parku maszyn, motywując i podciągając stres podopiecznych do maksimum ich możliwości. Oczywiście, wśród żużlowców są i tacy starzy wyjadacze, po których taka obecność prezesa w boksie spływa jak po kaczce. Gorzej znoszą to ci nieopierzani. W większości przypadków prezesi nie wchodzą jednak w buty trenera, stoją z boku, bardziej solidaryzują się z drużyną. W efekcie tej morderczej pracy czasem dostaną karę za ubranie krótkich spodenek. 😎 Do tej grupy zaliczyć można Krzysztofa Mrozka z Rybnika, czy Andrzeja Rusko z Wrocławia. Szczególnie ten drugi żyje Spartą, biorąc udział nawet w konferencjach prasowych i – uwaga – zadając pytania zawodnikom. Serio.

Prezes właściciel

Bogacz, lubiący media, albo inaczej – lubiący się w nich udzielać. Przykład z życia wzięty? Proszę bardzo. W jednym z wywiadów, prezes jednego z klubów był tak pewny siebie, że potrafił w dość ostry sposób odpowiedzieć na nieprzychylne komentarze kibiców jego drużyny. Nazwisko pominiemy, bo nie ono jest tutaj istotne. Wywiad ukazał się następnego dnia, wzbudzając pretensje do mnie jako autora chyba o to, że tekst się ogóle pojawił. Do dziś się zastanawiam o co chodziło, przy czym uważam, że człowiek wydający swoje własne środki na klub sportowy ma prawo mówić co chce i kiedy chce. Byle było w temacie i nie przekraczało cienkiej granicy dobrego smaku. Prezes właściciel to człowiek, który o klub dba jak o swój własny biznes. Z góry można założyć, że wie jak to się robi.

Prezes widmo 

Prezes widmo unika kontaktu z mediami, przez co często stawia siebie i klub w roli chłopca do bicia. Piłkarskim przykładem była nie tak dawno Wisła Kraków, która na medialne zarzuty ZAWSZE odpowiadała oświadczeniem na stronie klubowej. Nie bez powodu w internecie, nawet przy błahych, niezwiązanych z futbolem artykułach często mogliśmy znaleźć komentarz „czekamy na oświadczenie Wisły Kraków”.

Wracamy do żużla. Tutaj specyfika jest nieco inna, a grono zainteresowanych klubem fanów zdecydowanie mniejsze. Prezes widmo potrafi o tym zapomnieć, albo zwyczajnie lekceważyć. Skutek? Odwrotny od zakładanego. Lubi pracować w ciszy.

Prezes opiekun

Często podobny do prezesa mentora, ale łączący się charakterem z prezesem właścicielem. Przykład? Pan Tadeusz Zdunek z Gdańska. Człowiek niezwykle oddany swojej pasji i troszczący się o dobro drużyny. Nie tylko klubu, ale i drużyny. Przeżywa jej porażki i cieszy zwycięstwami. Jest dumny i pomocny, przy czym bywa skromny w mediach. Pewnie znajdą się też tacy, którzy znają prezesa Wybrzeża dłużej i od nieco innej strony. Prezes opiekun potrafi zaangażować się nawet w przygotowanie storpedowanej przez deszcz żużlowej nawierzchni.

Prezes szarlatan

Przedstawiciel tej grupy najczęściej pojawia się znikąd, a pod pachą trzyma garnek z pieniędzmi, które wcześniej zgarnął z jednego końca tęczy. Prezes szarlatan to magik, który swoimi wątpliwymi zdolnościami potrafi wyciągnąć żużlowy klub z bagna i wieścić szybki rozwój, a nawet podbicie podium mistrzostw Polski. W historii bywały przypadki, że prężnie działający prezes szarlatan szybko pozbywa się tej łatki i staje się ulubieńcem publiczności. Kiedy jednak kończy się kasa znika, albo po prostu zmienia branżę.

Prezes polityk

Niekoniecznie czynny. Klubowy boss z tej grupy lubi przebywać w kręgach tzw. elitarnych. Często przynosi to pożądany dla klubowej kasy efekt, ale też bywa, że głównym założeniem spotkań na wysokim szczeblu jest wypromowanie własnej osoby na przyszłe potrzeby. Prezes polityk to zazwyczaj osoba nie z przypadku, mająca w przeszłości inny niż sterowanie klubem kontakt z żużlem. Zdecydowanie pasjonat dyscypliny. Pupil mediów.

Niestety, nie czytała Krystyna Czubówna. 😒

#stayTuned

fot. Paweł Wilczyński