Artem Laguta oczarowany PGE Narodowym. Do Pragi jedzie z marszu

Artem Laguta, zawodnik MRGARDEN GKM-u Grudziądz był najlepszym zawodnikiem swojego zespołu w przegranym 41:49 meczu w Tarnowie. Rosjanin po spotkaniu opowiedział nie tylko o powrocie do wysokiej dyspozycji, ale też wrażeniach po niedawnym Boll Warsaw FIM SGP of Poland.

– Mówi się, że stara miłość nie rdzewieje, a twoja miłość do toru w Tarnowie jest nadal gorąca. Widać, że nie zapomniałeś jak się tutaj jeździ…

– Nie zapomniałem. Oczywiście ten tor jednak trochę się zmienił. Jasne, że geometria jest ta sama, ale wydaje się, że podczas tego meczu nawierzchnia była bardziej twarda. W czasach kiedy jeździłem w Tarnowie szeroka chyba bardziej „chodziła”.

– Trener Robert Kościecha zapytany przeze mnie o komentarz do twojej bardzo dobrej jazdy stwierdził, że „Artem to wszędzie dobrze jeździ”. Rzeczywiście już wszystko w twoim sprzęcie jest poukładane?

– Tak, oczywiście. Ten początek był rzeczywiście ciężki i szukaliśmy przeróżnych przełożeń i ustawień motocykli. To się udało i jestem zadowolony z efektów oraz tego, co jest teraz.

– W kontrowersyjnym biegu z Patrykiem Rolnickim sędzia uznał, że to ty ostatecznie przyjechałeś do mety drugi. Jak to wyglądało z twojej perspektywy?

– Ja widziałem, że on był jakieś pół koła z tyłu. Powiem tak, że Patryk Rolnicki jechał tak wolno, że ja nie wiedziałem gdzie jechać. Był bardzo wolny i nie miałem pojęcia, w którą ścieżkę wjechać. Tak myślę, że to ja byłem drugi. Szukaliśmy tych przełożeń, żeby jak najlepiej pojechać w tym meczu. Udało się na ostatnie trzy wyścigi.

– Nie bałeś się o sprzęt, jadąc trzy razy pod rząd?

– Nie, nie bałem się. Dzisiaj było naprawdę wszystko dobrze przygotowane. Jestem zadowolony.

– Uważasz, że strata ośmiu punktów jest do odrobienia w Grudziądzu?

– Myślę, że tak. U nas tor jest w sumie podobny.

– Teraz MRGARDEN GKM jedzie na chyba jeszcze trudniejszy mecz do Wrocławia. Choćby w transmisjach telewizyjnych widać, że nawierzchnia przy Olimpijskim mocno zmieniła się od tamtego sezonu…

– Przyjedziemy, zobaczymy. Sprawdzimy co się zmieniło. (śmiech)

– To porozmawiajmy na koniec o Grand Prix. Jakie wrażenia ma Artem Laguta po debiucie na PGE Narodowym?

– Jak tam przyjechałem i zobaczyłem pięćdziesiąt, czy sześćdziesiąt tysięcy ludzi to zrobiło to na mnie bardzo duże wrażenie. Nie jeździłem nigdy w zawodach żużlowych przy takiej publiczności. Było po prostu super.

– Maciej Janowski powiedział mi, że podczas prezentacji przechodzą mu „ciary” po plecach.

– No nie wiem. Mnie nie przeszły, ale było super! (śmiech)

– Cykl Grand Prix to w tym sezonie dla ciebie numer jeden spośród wszystkich żużlowych zmagań?

– Ja nie myślę w ten sposób. Dla mnie każdy mecz, czy turniej jest taki sam. Jeździmy, zdobywamy punkty, a potem to daje jakiś tam efekt.

– W sobotę turniej w Pradze. Specjalne jednostki napędowe już przyszykowane?

– Jeździłem tam tylko w Grand Prix właśnie. W 2011 roku i pamiętam, że zdobyłem chyba jeden punkt. (zdobył dwa – przyp. red.) Nie mam przygotowanego niczego specjalnego. Jedziemy tam z marszu, takie życie żużlowca.

fot. Sebastian Maciejko