Nicki Pedersen i Peter Kildemand to mają być główne strzelby w armii Pawła Barana. Beniaminek PGE Ekstraligi starał się także o inne głośne nazwiska. O kulisach tarnowskiego okresu transferowego opowiedział nam Łukasz Sady prezes Unii Tarnów ŻSSA.

Rafał Martuszewski: Transfer Nickiego Pedersena był jednym z najgłośniej omawianych w mediach. Nie boicie się tego ruchu? Duńczyk miał ostatnio spore problemy zdrowotne, a i forma sportowa nie była bez zarzutu.

Łukasz Sady: – Uważam, że zakontraktowanie jakiegokolwiek zawodnika w żużlu to bardzo duże ryzyko. Kiedyś Krzysztof Kasprzak w jednym roku walczył o mistrzostwo świata, rok później w lidze robił po 3 punkty. Takich przykładów można mnożyć. Pojawiały się wielkie dream teamy, olbrzymie budżety i gwiazdy w składzie, a wynik okazywał się totalną klapą. To zawsze jest ryzyko i w przypadku Nickiego Pedersena też. Przy czym, od samego początku rozmów, które prowadziliśmy z nim i z jego menadżerem mieliśmy zapewnienie, a nawet przedstawioną dokumentację medyczną, że z jego zdrowiem jest wszystko w porządku. Mam zapewnienie, że Nicki będzie przygotowany w 100% do sezonu, więc nie mam podstaw, aby w to nie wierzyć. To przecież profesjonalista. Widać też, że zmienił także  podejście do życia osobistego. To może zadziałać tylko na plus.

W Tarnowie ma szansę znów poczuć się jak lider?

– Zarówno dla Pedersena jak i Kildemanda olbrzymim plusem będzie to, że opuścili drużynę, która była drużyną gwiazd. Nie zawsze mieli pewność startów, a to jest bardzo deprymujące. W Tarnowie mają w miarę zapewnioną określoną liczbę startów, bo nie ma u nas zawodników stricte walczących o skład, ale też nowe otoczenie może tym panom dać spory komfort psychiczny. Mamy nadzieję, że przełoży się to na dobre wyniki.

Transfer Pedersena był planowany od samego początku, czy wyniknął z niepowodzenia podczas innych negocjacji?

– Nicki nie był planowany od samego początku. Aczkolwiek, nie zastanawialiśmy się długo nad tym transferem. Same zaś rozmowy trochę faktycznie potrwały.

Ostatecznie do Tarnowa trafili obaj Duńczycy z Leszna. Ale na pewno rozmów kontraktowych było więcej. Z kim Unia je prowadziła? Którego potencjalnego transferu najbardziej szkoda?

– Miałem cztery lub pięć spotkań z Leonem Madsenem. Wydawało się w pewnym momencie, że jesteśmy blisko porozumienia, mimo, że w grę wchodziły naprawdę spore kwoty. Kiedy mieliśmy umówione ostatnie spotkanie tutaj w Tarnowie otrzymałem wiadomość od Leona, że ten zdecydował się pozostać w Częstochowie. Z jednej strony trochę mnie tym zaskoczył, bo mieliśmy z Leonem zawsze bardzo dobre relacje i nie spodziewałem się takiego ruchu, ale z drugiej strony rozumiem jego decyzję i potrafię zrozumieć jego argumenty.

Z tego wynika, że drzwi do Tarnowa nie zostały dla Madsena zamknięte…

– Nie, absolutnie nie.

No więc kto jeszcze był na tapecie?

– Pierwsze rozmowy podjęliśmy z Artiomem Łagutą i Jarkiem Hampelem. Rzadko o tym wspominam, gdyż zostały przez tych zawodników bardzo szybko zakończone, Po dosłownie kilku dniach zastanowienia obaj żużlowcy poinformowali, iż nie chcą kontynuować rozmów, bo podjęli już inne decyzje dotyczące swojej dalszej kariery. Ponadto rozmawialiśmy z braćmi Holderami, był też Greg Hancock, Michael Jepsen Jensen, Max Fricke, który był przez nas mocno rozważany. Pojawił się też Maxim Bogdanovs, czy Niels Kristian Iversen, na którego też bardzo liczyłem. Jak to często bywa w negocjacjach – są one czasochłonne i pracochłonne, i nie zawsze kończą się sukcesem. Dla zawodników wbrew pozorom ważne są nie tylko pieniądze, ale chociażby odległość na przykład na prom do Szwecji. Unia Tarnów byłaby mocno zainteresowana Martinem Vaculikiem, gdyby nie kontrakt dwuletni w Stali Gorzów. Dość powiedzieć, że zawodnik skłonny był wrócić do Tarnowa już po sezonie 2016, warunkiem jednak było wówczas pozostanie w PGE Ekstralidze.

Co z Januszem Kołodziejem? Miedzy nim, a Unią pojawił się swego czasu medialny spór.

– Spór to chyba za dużo powiedziane. Przed sezonem 2017 umówiliśmy się na spotkanie z Januszem. Ja do rozmów zaprosiłem również trenera Pawła Barana i Mirosława Cierniaka. Niektórzy się dziwili dlaczego przy takich rozmowach byli trenerzy. A ja pytam dlaczego mieliby nie być? Janusz przecież też nie przyjechał sam tylko z menadżerem. A myśli Pan, że w innych klubach prezesi jednoosobowo negocjują z zawodnikami? Otóż nie. Często z innymi członkami Zarządów, prawnikami, menedżerami, członkami Rad Nadzorczych. Ja także mam prawo dobrać sobie na rozmowy odpowiedni sztab ludzi.

I jak wtedy potoczyły się te rozmowy?

– O pieniądzach nie rozmawialiśmy, bo Janusz z menedżerem absolutnie  nie chcieli poruszać tej kwestii, choć trenerzy Baran i Cierniak zaproponowali, że nie będą uczestniczyć w tej części rozmów. Ich bowiem interesowały tylko tematy sportowe i organizacyjne. Mimo tego Janusz z menedżerem twierdzili, że jeszcze muszą pewne tematy przemyśleć. Generalnie druga strona nie chciała rozmawiać o konkretach. Dziś mogę zdradzić, iż wiedziałem już wtedy, że Janusz jest po wstępnym porozumieniu z klubem z Leszna. Chciałem jednak próbować go zatrzymać u nas. Nie było takiej woli, ale w pełni  zaakceptowałem i uszanowałem decyzję zawodnika.

A przed nadchodzącym sezonem był jakiś kontakt? Wielu kibiców uważa, że Unia Tarnów to odpowiednie miejsce dla jej najlepszego wychowanka w historii.

– Nie wiem czy Janusz myślał o powrocie i czy chciał z nami rozmawiać. Ani on, ani Krzysztof Cegielski nie zwracali się do nas w tym temacie, natomiast my nie zdecydowaliśmy się na rozmowy z Januszem, podobnie zresztą jak nie zdecydowaliśmy się na takowe z wieloma innymi zawodnikami. Wybraliśmy sobie grupę zawodników, która naszym zdaniem pasowałaby do koncepcji składu i wszystkich warunków w naszym klubie. Z nimi prowadziliśmy negocjacje kontraktowe.

To może uda się za rok? Wiele się może przez ten czas zmienić?

– To będziemy rozmawiać za rok.

Kibice żałują też, że nie udało się dogadać w sprawie wychowanków szkółki Janusza Kołodzieja. Co stoi na przeszkodzie?

– Mnie jako prezesa klubu boli, że Janusz Kołodziej ze swoją szkółką nie chciał podpisać umowy z Unią Tarnów. Szkółka Mirka Cierniaka ma taką umowę. Zarówno na współpracę z klubem i nieodpłatne przekazywanie wychowanków, jak i na korzystanie ze stadionu. Janusz nie chciał podpisać z nami identycznej umowy, tj. na korzystanie ze stadionu za złotówkę. Oczywiście pokrywać musiał sobie niewielkie koszty organizacyjne, jak  koszty opieki medycznej, paliwa do polewaczki, traktorów, etc., ale przecież po to między innymi obie szkółki otrzymywały dofinansowanie w ramach Programu START Grupy Azoty. Oczekiwałem także, aby podobnie jak UKS Jaskółki przekazywał klubowi swoich wychowanków. Podczas naszych rozmów argumentowałem, że muszę być fair wobec obu podmiotów, ale też wobec Głównego Partnera klubu –  Grupy Azoty, która przekazuje na obie szkółki taką samą kwotę. Koniec końców Janusz nie podpisał z klubem tej umowy i na tym sprawa się skończyła, choć szkoda, że chłopaki Janusza trafili do Krakowa, a nie do nas.  W tym wypadku szanuję decyzje Kołodzieja, ale jej kompletnie nie rozumiem.

Czy prawdą jest, że w przypadku dobrego wyniku sportowego w sezonie 2018, wasz główny sponsor Grupa Azoty zwiększy nakłady na żużel w Tarnowie i pozwoli zbudować skład walczący o podium?

–  Zapisy w umowie z Grupą Azoty są takie, że w szczególnych przypadkach ewentualnie mogą premiować bardzo dobry wynik sportowy. I tyle mogę powiedzieć.

Wiktor Kułakow to ma być czarny koń tej ekipy?

– Niekoniecznie czarny koń. To nie jest żadną tajemnicą, że wzorem ubiegłego roku chcieliśmy mieć w drużynie jeszcze jednego seniora. Początkowo miał być to Artur Czaja na zasadzie zawodnika oczekującego, ale też nie było powiedziane, że to on będzie czekał na skład. Chcieliśmy mieć trzech zawodników, którzy mogliby ze sobą zdrowo rywalizować. Tak w ubiegłym roku mieliśmy na przykład Mikkela Michelsena. Dla zawodników jest to być może mało komfortowa sytuacja, ale niezwykle istotna z perspektywy drużyny. W poprzednim sezonie, kiedy Kuba Jamróg złapał kontuzje to nie było bólu głowy. To samo było z Ljungiem w Gdańsku. W tym roku ten manewr chcieliśmy powtórzyć. Na rynku nie było jednak wiele nazwisk, które moglibyśmy brać pod uwagę, także w związku z pozycją rezerwowego, więc wybór padł na Wiktora.

Artur Czaja nie zdecydował się walczyć o skład w Tarnowie?

– Rozmawiałem z Arturem wielokrotnie. On się bardzo dobrze czuł tutaj u nas, co zresztą podkreślał w mediach, jednak sam stwierdził, że jeszcze chce się rozwijać i jeszcze jest w takim momencie, że chciałby coś osiągnąć. W Rybniku ma zagwarantowane miejsce w składzie. Ja także uważam, że Artura Czaję stać na dużo i życzę mu powodzenia.

Czytaj także na przeglądsportowy.pl

fot. Mateusz Dzierwa

Jesteś offline. Połącz się z siecią i spróbuj ponownie