Sindy Weber po debiucie: Wiele osób powiedziało mi, że jestem tylko maskotką

Sindy Weber

Pochodząca z Miśni Sindy Weber dla krytyków jest niczym tamtejsza porcelana – zbyt krucha na wymagające, męskie stadiony żużlowe. Jednak zodiakalna lwica dokonała pozornie niemożliwego i w niedzielę 4 sierpnia dwukrotnie zaprezentowała się kibicom pilskiej Polonii w trakcie meczu ligowego. – Przez długi czas w przeszłości byłam ofiarą znęcania się w szkole oraz w moich starych, niemieckich klubach. Mówiono mi, że żużel jest tylko dla mężczyzn i nigdy nic nie osiągnę – wspomina.

Angelika Garczyk: Z czego w swoim życiu jesteś najbardziej dumna?

Sindy Weber: Najbardziej jestem dumna z tego, że nigdy się nie poddaję – nawet, kiedy życie daje mi w kość. Przez długi czas w przeszłości byłam ofiarą znęcania się w szkole oraz w moich starych, niemieckich klubach. Mówiono mi, że żużel jest tylko dla mężczyzn i nigdy nic nie osiągnę. Był to dla mnie ciężki okres, ponieważ nikt nie chce być szykanowany za robienie tego, co kocha. Tymczasem dzisiaj jestem już po moim ligowym debiucie w Polsce jako pierwsza kobieta w historii.

Można powiedzieć, że był to dość słodko-gorzki występ z racji tego, że już w pierwszym wyścigu zanotowałaś upadek, który przeszkodził Ci w dalszej jeździe. Czy pomimo tego jesteś zadowolona z niedzielnego doświadczenia?

Rzeczywiście staranowanie łokcia nie było w moich planach. Jednak w dalszym ciągu jestem niesamowicie wdzięczna za szansę, którą otrzymałam. Mimo, iż nie zaprezentowałam się zgodnie z oczekiwaniami, to nikt nie robił mi wyrzutów. Kibice na stadionie bardzo ciepło mnie przyjęli – było to tak wzruszające, że miałam łzy w oczach. Cieszę się, że mogłam odpłacić się za ich wsparcie choćby dzięki zdjęciom i autografom.

Czy w takim razie można uznać, że dzisiejsze środowisko żużlowe dobrze przyjmuje kobiety do swojego grona?

W tym momencie ludzie reagują na mnie normalnie, ale w pewnym stopniu zależy to też od kraju, w którym występuję. Naturalnie są osoby, które są dość zszokowane moim widokiem, ponieważ nie spotkali nigdy wcześniej dziewczyny, która jeździ na żużlu. W porównaniu do kilku lat wstecz, w ostatnim czasie nie zostałam dotknięta bezpośrednim hejtem. Negatywne opinie zazwyczaj pojawiają się jedynie w internecie, na co nie zwracam uwagi. W końcu żadna z tych osób nie miałaby odwagi powiedzieć mi to samo prosto w oczy.

W meczu przeciwko Wandzie nie byłaś w stanie dokończyć już drugiego biegu przez odniesioną kontuzję łokcia. Cała ta sytuacja może stanowić dobrą „pożywkę” dla hejterów, którzy głoszą, że kobiety są zbyt delikatne jak na tą dyscyplinę. Czy stojąc na starcie, myślisz o tym, jakie to niebezpieczne?

W każdej chwili można ulec wypadkowi i nabawić się kontuzji, nawet schodząc po schodach. Ja miałam dotychczas takie szczęście, że nigdy nie byłam poważnie zraniona. Stłuczona stopa, ramię, miednica, kolano, szyja i wstrząs mózgu były dotychczas moimi najpoważniejszymi kontuzjami. Liczę na to, że szczęście dalej będzie mi sprzyjać.

Patrząc zupełnie realistycznie na różnice pomiędzy mężczyznami a kobietami, czy sądzisz, że żeńska odmiana speedwaya mogłaby być łagodniejsza?

Ciężko stwierdzić, ale myślę, że faktycznie brakowałoby prawdziwej walki, ponieważ kobiety mogłyby unikać jazdy w kontakcie. Sama czasami zachowuję się jak facet i używam nawet łokci w walce na torze z męskimi przeciwnikami.

Jak faceci ścigają się z Tobą na torze? Czy stają się bardziej ostrożni, a może właśnie specjalnie nie ułatwiają Ci rywalizacji? W końcu porażka z kobietą musi ich boleć podwójnie!

Zdarza się, że współzawodnicy przeze mnie płaczą. Miałam takie sytuacje, gdy jeździłam na 50cc, 80cc, 125cc, a nawet na 500cc. Zawsze odbywało się to w akompaniamencie śmiechu ojca oraz mechaników tego zawodnika. Przyznaję, że lubię, gdy to się dzieje, ponieważ jest to bardzo śmieszne.

Starasz się eksponować swoją inność, dziewczęcość w parku maszyn, czy wolisz wtopić się w tłum?

Wydaje mi się, że w parku maszyn czuję się bardziej jak chłopak. Wszędzie jest brud, błoto i często zdarza mi się wygłupiać z zaprzyjaźnionymi żużlowcami. Nie chce niepotrzebnej uwagi na mnie, bo jestem zwykłą zawodniczką tak jak każdy na torze – moja płeć nie gra roli.

Sceptycy pewnie powiedzieliby co innego. Czy wpływają oni na ewentualny strach przed startem i presję na dobry wynik?

Jedyne, czego się boję, to że zawiodę moich sympatyków. Wiem, że moim zadaniem jest jeszcze wiele się nauczyć, jeśli chodzi o dobrą jazdę na torze. Nikt nie jest idealny, dlatego tym bardziej muszę pokazać duszę wojowniczki.

Jak wyglądało wsparcie Polonii dla Twojej osoby? Czy rzeczywiście, zgodnie z Twoimi oczekiwaniami, miałaś okazję odbywać treningi pod okiem trenera?

W Pile czuję się jak w domu! Za każdym razem, gdy tylko tam się pojawiam, mam duży uśmiech na twarzy. Nieważne czy to kolejny trening, czy jedynie oglądanie zawodów z trybun. Swoją drogą, nie opuściłam żadnego meczu w mieście. Pomagam wtedy pilanom jak tylko mogę – jeżdżę nawet polewaczką. Na początku roku obawiałam się, że nikt mnie nie zaakceptuje. Jednakże rzeczywistość okazała się zupełnie inna i teraz nazywam ten klub moją rodziną.

Masz nadzieję na to, że doświadczenie nabyte w Pile sprawi, iż odezwą się do Ciebie niemieckie kluby? W końcu Celina Liebmann ma ich aż trzy, a ty ani jednego i aktualnie ścigasz się na czeskiej licencji.

Nie mam zbyt dobrego doświadczenia z jazdą w Niemczech. Tak naprawdę osoba bez rozgłosu nie dostanie tam miejsca w drużynie. Po dwóch nieudanych przygodach z klubami w mojej ojczyźnie zdecydowałam się na jazdę w Czechach oraz w Polsce. Aczkolwiek, gdybym dostała ofertę od niemieckiego klubu, to zgodziłabym się i spróbowałabym ponownie jazdy na moich krajowych torach.

Uważasz, że dostałabyś miejsce w składzie w ostatnim meczu bez Twojego zaangażowania w życie klubu?

Prawdopodobnie moja sytuacja byłaby zgoła inna. Dobrym przykładem tutaj jest Dominik Möser, który nie miał okazji zaprezentować się w pilskich barwach w tym sezonie, gdyż pojawił się jedynie na wiosennych treningach zanim wystartowała liga.

Czy nie przeszkadza Ci to, że Twoja obecność w drużynie jest pewnego rodzaju chwytem marketingowym? Po zakończeniu przygody Klaudii Szmaj z Falubazem pojawiły się opinie, iż została ona potraktowana jak „maskotka”.

Wiele osób powiedziało mi, aby mi dogryźć, że również pełnię rolę jedynie „maskotki”. Jednak w Pile wcale tak się nie czuję. Gdyby działacze z góry uznali mnie za „maskotkę”, to nie otrzymywałabym zaproszeń na treningi oraz na niedzielny mecz. Znam jedną dziewczynę, zawodniczkę, która właśnie pełniła taką funkcję w innej drużynie, dlatego traktowanie jej wyglądało zupełnie inaczej. W piątek miałam dziewiętnaste urodziny i otrzymałam od działaczy wiele prezentów, czego w ogóle się nie spodziewałam, więc było mi bardzo miło.

Aczkolwiek kontrakt w Pile nie przyczynił się do poprawy Twojej sytuacji ze sponsorami.

Faktycznie moja sytuacja finansowa jest naprawdę ciężka, ponieważ w tym roku nie udało mi się pozyskać ani jednego sponsora. Próbowałam się skontaktować z wieloma firmami w Niemczech, jak i za granicą, ale zawsze otrzymywałam negatywną odpowiedź. Tymczasem wiadomo, że uprawianie żużla bez wsparcia jest skomplikowane, ponieważ pieniądze są potrzebne na dobry sprzęt. Pomimo niepowodzeń w tym obszarze, dalej jestem pozytywnie nastawiona i wierzę, że w końcu uda mi się pozyskać jakiegoś darczyńcę. Jeśli chodzi o Polonię, to na ten moment nie chcę, by udzieliła mi pomocy w tej kwestii, bo i tak już wiele dla mnie zrobiła w trakcie tego sezonu. Poza tym, muszą zając się planami związanymi z organizacją żużla w Pile w 2020 roku.

Jak długo w takim razie masz zamiar się ścigać? Czy łączysz swoją przyszłość z żużlem?

Na razie nie wiem jak długo będę w stanie jeździć. Jeśli nie znajdę sponsorów, to moja kariera może okazać się dość krótka, ponieważ moja rodzina nie może wiecznie mnie wspierać finansowo. Mój brat i tak już sprzedał cały swój sprzęt, żeby umożliwić mi dalszy rozwój. Sponsorzy są niestety kluczem do przetrwania w czarnym sporcie. Wydaje mi się, że w przyszłości będę aspirować do pracowania w charakterze menadżerki żużlowej, chociaż jest to wymagający zawód. Nie biorę pod uwagi zostania, np. sędziną, ponieważ sędziowie muszą mieć stalowe nerwy. W końcu za każdą złą decyzję spływa na nich fala krytyki.

Jakie widzisz perspektywy dla kobiet w żużlu? Czy coś się zmienia? Patrząc na przestrzeni kilkunastu krajów z czarnej mapy świata, jest was coraz więcej i istniałaby już możliwość zorganizowania dla was pełnoprawnych zawodów, lecz dalej nie miało to miejsca.

Trudno mi jest doszukać się jakichkolwiek perspektyw dla kobiet w speedway’u, bo należałoby rozpocząć od wprowadzenia powszechnej, ogólnoświatowej tolerancji dla kobiet, które chcą spróbować swoich sił w tym sporcie. Kolejną rzeczą jest danie szans zawodniczkom na zaprezentowanie swoich umiejętności. Każdy mówi, że żużel jest tylko dla mężczyzn. Dlaczego? Mężczyźni także podejmują się aktywności, które na pierwszy rzut oka wydają się być przeznaczone tylko dla kobiet, takie jak balet. Do zmiany potrzebna jest tylko lub aż tolerancja. Wtedy coraz więcej kobiet ośmieliłoby się wsiąść na motocykle.

Czy masz kontakt z innymi dziewczynami, które tak jak ty lubią jeździć w lewo bez hamulców? Jeśli tak, czy czuć wsparcie między wami?

Mam z nimi mały kontakt, który ogranicza się jedynie do wymienienia kilku zdań w trakcie pojedynczej rozmowy. Najlepiej dogaduję się jednak z zawodnikami oraz mechanikami. Nie mam nic przeciwko temu, by inne dziewczyny próbowały swoich sił na żużlu. Szkoda, że nie ma ich więcej przez brak wsparcia dla nas w środowisku. Dla mnie nie ma to znaczenia, czy jeżdżę przeciwko chłopakom czy dziewczynom. Osobiście podziwiam kobiety, które działają w sportach motorowych. Moim kobiecym wzorem jest niewątpliwie Jule Hämmer, która jeździ na superbike w niższej klasie. To właśnie jej postać zawsze mnie motywowała do dalszej pracy po kiepskich zawodach.

W Polsce widzi się coraz więcej kobiet na motocrossie, a jak wiadomo jest to forma wyścigów bliska sercu żużlowców. Czy ten rodzaj adrenaliny również Ciebie pociąga?

Bardzo lubię motocross i supercross, a szczególnie enduro oraz wyścigi super enduro. Niestety sama jeszcze nigdy nie spróbowałam tych dyscyplin, ale na pewno podjęłabym wyzwanie, gdybym tylko dostała taką szansę. Z racji tego, że wczoraj spełnił się mój największy cel, to moim kolejnym marzeniem będzie odbyć trening pod okiem jednego z profesjonalnych zawodników motocrossowych, który mógłby udzielić mi niezbędnych wskazówek.

fot. Jakub Szameto