Nowa Zelandia jest jednym z nielicznych krajów, który z szalejącą pandemią poradził sobie dość dobrze i przez krótki czas mógł szczycić się brakiem aktywnych przypadków. Niestety pomimo tego tamtejszy speedway traci na znaczeniu coraz bardziej każdego dnia. – Sytuacja z żużlem w Nowej Zelandii w chwili obecnej jest co najmniej bardzo zła. Właśnie straciliśmy mój domowy tor – mówi aktualny nowozelandzki lider, Bradley Wilson-Dean.

Kiedyś w barwach kraju kiwi można było znaleźć naprawdę wybitnych zawodników, takich jak Ivan Mauger, Ronnie Moore i Barry Briggs, a także wielu innych, którzy osiągnęli zawodowy poziom. Bradley Wilson-Dean podążył ich ścieżką i ma już nawet na swoim koncie krótki romans z polską ligą w barwach Wybrzeża Gdańsk. Niestety skończył się on po owocującym debiucie przez problemy zdrowotne. Nic więc dziwnego, że dostrzegł w pandemii szansę na stanięcie na nogi. – Zdaję sobie sprawę z tego, że koronawirus ma bardzo negatywny wpływ na świat oraz życie wielu ludzi, ale dla mnie osobiście lockdown był zbawieniem i okazją do wyzdrowienia z kontuzji, a także odzyskania zdrowia psychicznego. Większość tego roku spędziłem więc na pracy nad moimi samochodami i odnawianiu motocykli, co jest moją pasją z dala od żużla. Dawno nie czułem się już tak dobrze, ponieważ wstaję codziennie zdeterminowany oraz zmotywowany do kolejnego dnia, co nie zawsze udawało mi się w przeszłości – zauważa Nowozelandczyk.

Pozytywne nastawienie może być natomiast bardzo pomocne w momencie, gdy tak naprawdę nie ma perspektyw na polepszenie położenia tamtejszego środowiska żużlowego. – Sytuacja z żużlem w Nowej Zelandii w chwili obecnej jest co najmniej bardzo zła. Właśnie straciliśmy jeden z naszych 4 torów, tak więc na Wyspie Północnej mamy tylko jedno miejsce, które organizuje zawody. Jest to ogromna strata dla lokalnych mieszkańców, a szczególnie dla mojej rodziny, ponieważ to mój domowy tor, który mój ojciec zbudował 13 lat temu, żebym miał gdzie uczyć się speedwaya. 

Mając tak niewiele miejsc do trenowania, każdy stadion jest na wagę złota. W związku z tym nieszczęście tego typu boli podwójnie. Choć według Bradley’a tempo rozwoju nowozelandzkiego żużla od wielu lat stale się zmniejsza, to w dalszym ciągu są zdeterminowani ludzie, którzy wkładają dużo czasu i wysiłku w tę dyscyplinę. – Cały czas mamy trzy kluby o charakterze organizacji non-profit, dla których pracuje wielu oddanych pracowników. Bez nich żużel zniknąłby już z Nowej Zelandii wiele lat temu. Ja również mam zamiar kontynuować moją pracę z juniorami oraz seniorami, by pomóc im w doskonaleniu się. Dużą radość sprawia mi pomaganie moim kolegom z toru i bardzo chciałbym, aby osiągnęli mój poziom, ponieważ naprawdę potrzebujemy w Nowej Zelandii więcej dobrych zawodników – podkreśla Wilson-Dean.

Nowozelandzcy zawodnicy muszą mierzyć się każdego dnia z wieloma przeszkodami. Szczęśliwie COVID-19 nie jest jedną z nich i jeszcze nie wpłynął w dużym stopniu na żużel w Nowej Zelandii, bo rajderzy są aktualnie w trakcie przerwy. – Straciliśmy zaledwie kilka meczów pod koniec poprzednich rozgrywek na przełomie marca i kwietnia. Będę miał zatem możliwość jazdy w tym roku, ale jedynie w spotkaniach o randze mistrzostw takich jak mistrzostwa Wyspy Północnej czy mistrzostwa Nowej Zelandii.

Kolejny sezon w Nowej Zelandii zacząć się ma już w przyszłym miesiącu, więc miejmy nadzieję, że pandemia nie pokrzyżuje planów zawodnikom oraz sympatykom czarnego sportu. Przykro jest jednak widzieć, że od ostatniego wywiadu nic się nie zmieniło i wyniesienie dyscypliny na nowy poziom może pozostać jedynie w sferze marzeń.

fot. foto-klatka.pl

Jesteś offline. Połącz się z siecią i spróbuj ponownie