Unia Tarnów doznała bolesnej porażki 35:55 ze Zdunek Wybrzeżem Gdańsk na inaugurację eWinner 1. Ligi Żużlowej. Upatrywani w roli kandydatów do walki o pierwszoligowy prym tarnowianie byli tłem dla świetnie zorganizowanej i czującej się jak u siebie ekipy z Gdańska. Nic dziwnego skoro, jej trzon stanowili byli zawodnicy Unii Wiktor Kułakow i Jakub Jamróg. Najjaśniejszą postacią gospodarzy był natomiast Artur Mroczka, który – jak wieść niesie – jechał na zmontowanym na szybko sprzęcie i w kevlarze z ubiegłego roku.

Nie żeby jazda w ubiegłorocznym stroju była jakimś przestępstwem, ale skoro nawet juniorzy Unii wyglądali dziś oszałamiająco pięknie (tak, zdecydowanie podobają mi się tegoroczne kevlary tarnowian) to dziwnie patrzy się, gdy niespodziewany lider zespołu ciągle nowych szat nie ma. To jednak nieistotne, bo Artura Mroczkę broniły w świąteczny poniedziałek wyniki i kapitalna wola walki, która pozwalała wyrywać żużlowcowi punkty na trasie. A o te przy bardzo dobrze dysponowanych gościach z Gdańska było na torze w Mościach bardzo trudno. I tyle dobrego o Tarnowie.

Miałem to szczęście, że mecz w Mościcach mogłem obejrzeć z trybuny medialnej w towarzystwie kilku lokalnych dziennikarzy (zdecydowanie ilość akredytacji medialnych powinna zostać zwiększona!) i ku naszemu zdziwieniu ten mecz rozstrzygnął się zanim na dobre się rozkręcił. Szarża Nielsa Kristiana Iversena – potencjalnie najsilniejszego ogniwa w składzie Tomasza Proszowskiego okazała się nawet nie tyle bezmyślna, co przykra w skutkach dla niego samego i drużyny. Duńczyk po przegranej walce z Jakubem Jamrogiem i brzydko wyglądającym upadku nie pojawił się już na torze i było pewne, że Unia jest w olbrzymich tarapatach. Całe szczęście, że i Kubie nic się nie stało, a być może podziałało na niego mobilizująco, bo co ten chłopak wyprawiał to chapeau bas.

A Wybrzeże robiło co chciało. Po czterech biegach goście prowadzili już dziesięcioma punktami i tej przewagi skutecznie bronili. Widowiskowo jeździł wspomniany już Kuba Jamróg, a pewne punkty dowozili Kułakow i Pieszczek. Tarnowianie przyjmowali cios za ciosem, a my czekaliśmy kiedy tak naprawdę gospodarze padną na deski. Spotkanie dłużyło się, bo sędzia wyłapywał ruchy na starcie i powtarzał biegi. Kiedy wydawało się, że gdańszczanie już spokojnie mogą dopijać kawę w swoich boksach, do akcji wkroczył Artur Mroczka. Zawodnik, który jeszcze przed sezonem typowany był do roli ultra rezerwowego, bo przecież w odwodzie Tomasz Proszowski miał mieć jeszcze Miesiąca, Bobera, czy Nilssona. Oszczędności i weryfikacja możliwości budżetowych sprawiły jednak, że to właśnie Mroczka dostał w poniedziałek szansę i najwyraźniej idealnie ją wykorzystał, dając do zrozumienia malkontentom, że on tu jeszcze sporo chce namieszać. Trzy biegi z rzędu (9., 10. i 11.) wygrał w dobrym stylu zostawiając za plecami niepokonanego dotąd Kułakowa. Niewiele brakło, a po 11. wyścigu Unia doszłaby Zdunek Wybrzeże na 4 punkty, ale jadący za Mroczką Tungate stracił pozycję na rzecz Pieszczka i goście uratowali sześć punktów przewagi. To był punkt zwrotny w całym meczu, choć pewnie większość z was stwierdzi, że to tylko przedłużyłoby agonię tarnowian. Być może.

Ostatecznie Gdańsk rozgromił Tarnów 55:35, nie pozostawiając gospodarzom złudzeń. Drużyna prowadzona przez Eryka Jóźwiaka była monolitem, gdzie nawet juniorzy w zestawieniu z tarnowskimi kolegami wyglądali jak żużlowcy pełną gębą. Formę poprawić musi jedynie Michał Gruchalski, który przy innych okolicznościach mógł w tym meczu obejrzeć czerwoną kartkę za uślizg na ostatnim miejscu przy podwójnym prowadzeniu gospodarzy. Jeśli jeszcze on doskoczy formą do liderów, trudno będzie szukać tu słabych punktów.

PS. Tak, Mroczka zdecydowanie zapracował na nowy kevlar.

fot. Janusz Tokarski

Jesteś offline. Połącz się z siecią i spróbuj ponownie