Gdzieś tam pomiędzy kwiecistymi wypowiedziami Paulo Sousy na początku zgrupowania mogliśmy wyłapać, że reprezentacja Polski we wrześniu będzie grać o pełną pulę. Zwycięstwo z Anglikami, jeszcze wczoraj do godziny 20:00 było czystą, piłkarską fikcją, ale dziś, już na chłodno zdajemy sobie sprawę, że Lewy i spółka zagrali kapitalne spotkanie, a trzy punkty to nie była jakaś tam mrzonka. Niemniej jednak plan minimum został wykonany. Ograne Albania z San Marino i przepiękny spektakl na PGE Narodowym z istotnym – miejmy nadzieję – punktem do eliminacyjnej kolekcji w starciu z wicemistrzami Europy. Brawo.

Taką reprezentację jak w środowy wieczór w Warszawie chce się oglądać godzinami. Najwyraźniej Sousa ma papiery na te wielkie firmy, bo po meczu z Hiszpanią na Euro 2020, to właśnie w środę z Anglikami Polacy zagrali drugie za kadencji Portugalczyka tak kapitalne zawody. Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi, wbrew ocenom gry w pierwszym meczu tego zgrupowania z Albanią, nasi piłkarze wyszli na Anglików i nie dali im podskoczyć wyżej pasa Kamila Glika. Pewnie, siadła bramka bomba Harry’ego Kane’a, ale przecież sprezentowana przez Jakuba Modera, który na moment stracił koncentrację i kontakt z bazą. Ogólnie Kuba, jak i cały zespół zagrał taktycznie niemalże doskonale. Ponadto, Sterling został wyłączony, Grealish wyłączony i sfrustrowany, a jego dryblingi momentami wyglądały zabawnie, że tylko muzyczkę z Benny Hilla podkładać. Synowie Albionu po golu na 1:1 mentalnie wyglądali gorzej niż koszulka Damiana Szymańskiego. Tak, to była piękna kadra Paulo Sousy. Piękna i dająca perspektywy.

Nie da się ocenić negatywnie wrześniowego zgrupowania. 7 punktów to jest to, o czym przed pierwszym gwizdkiem w spotkaniu z Albanią marzyliśmy i jednocześnie po cichu liczyliśmy, że jest zadaniem wykonalnym. Sam mecz z Albańczykami był przedziwny, bo wygraliśmy go wysoko nie prezentując w zasadzie żadnych piłkarskich argumentów, prócz nieziemskiej skuteczności. Z San Marino to była “la zabawa” w piłkę i choć portale prześcigały się w krytyce za straconą w drugiej połowie bramkę, to siedem sztuk zapakowanych amatorom i tak zrobiło na nas niezłe wrażenie (Anglicy u siebie wpakowali im “jedynie” pięć). Tym bardziej, że Sousa w kotle ze składem trochę namieszał i dał pograć zmiennikom. Paru skorzystało. Nie wiemy, czy Adam Buksa wyszedłby na Anglików w pierwszym składzie, gdyby nie hat-trick w San Marino. W obliczu kontuzji i braku Milika, Piątka, Bielika, czy Zielińskiego na powierzchnię wypłynęło kilka naprawdę ciekawych nazwisk, które dały selekcjonerowi sporo argumentów, jednocześnie potwierdzając jego ogląd sytuacji (wyparcie się Ekstraklasy) i dokonane wybory. Środowy bohater, Damian Szymański, na co dzień biegający w koszulce AEK Ateny był do wczoraj dla wielu anonimowy. Teraz, brak miejsca w szerokiej kadrze będzie już zaskoczeniem.

Żeby jednak nie było tak słodko, trzeba przyznać, że mamy jeden poważny problem. Bez Roberta Lewandowskiego ta kadra nie istnieje. Człowiek orkiestra i jednocześnie dyrygent tej orkiestry, który szarpie, ciągnie i buduje na boisku ten zespół. Ojciec sukcesu we wszystkich trzech meczach tego zgrupowania, który Albanii wbił gola Krychowiakiem (między innymi), otworzył wynik w San Marino i asystował przy golu Szymańskiego z Anglią. Do tego cały czas wcielał się w rolę asystenta Paulo Sousy, instruującego kolegów jak i gdzie mają się poruszać, co doskonale widać było, kiedy rzucił soczyste “No wchodź!” do spóźnionego na jego podanie Kamila Jóźwiaka. Truchlejemy, kiedy pomyślimy, co będzie z naszą reprezentacją, kiedy Lewandowski zawiesi buty na kołku. Czy w kadrze wyrośnie postać, która technicznie, mentalnie i piłkarsko pociągnie ten zespół do dobrej gry? Dziś trudno o odpowiedź twierdzącą. Bo nikogo takiego na horyzoncie nie widać. A patrzymy przez lunetę.

Mimo wszystko, cieszmy się tym co jest. To były dobre dwa tygodnie, a kolejne mecze eliminacyjne już za miesiąc. Nie możemy się doczekać i chyba nie ma się co dziwić.

fot. MAREK ZIELINSKI / SUPER EXPRESS

Jesteś offline. Połącz się z siecią i spróbuj ponownie