Nieoficjalnie mówiło się o tym prawie od miesiąca, ale dopiero dziś Grupa Azoty Unia Tarnów potwierdziła uzgodnienie warunków kontraktu z Nickim Pedersenem. Pierwszy transfer z zewnątrz, który dla obu stron wydaje się być ostatnią deską ratunku.

40-letni żużlowiec, trzykrotny mistrz świata od kilku sezonów czaruje już tylko nazwiskiem. Mało tego, jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że Duńczyk pożegna się ze speedwayem i skupi się na wyleczeniu pogruchotanego wiosną kręgosłupa. W sezonie 2017 wystąpił zaledwie w czterech spotkaniach PGE Ekstraligi, a ostatnią średnią powyżej 2,000 miał w 2015 roku, kiedy został sklasyfikowany na 10. pozycji wśród najlepszych. Teraz Pedersen daje sobie kolejną szansę. Ma wrócić silniejszy i podobnie jak to bywało w przeszłości stanowić o sile swojego nowego zespołu. Jeśli mu się nie uda, może to oznaczać koniec pięknej kariery, albo perspektywę jazdy w niższej, o wiele uboższej lidze.

Unia Tarnów ryzykuje, ale w zasadzie nie ma wyjścia. Obie strony mają sporo do stracenia i jeszcze więcej do zyskania. Kontrakt Nickiego Pedersena może przypominać zakup kota w worku, albo przynajmniej takiego kota, który z podkulonym ogonem miauczy, że już nie będzie broił i wysypywał ziemi z doniczki. Transfer z gatunku “wóz, albo przewóz” i taki, na który część kibiców reaguje pozytywnie, a reszta już teraz rozmyśla, w którą stronę się odwróci, kiedy Nicki w biało-niebieskim kevlarze stanie pod taśmą. Ci drudzy muszą sobie jednak uświadomić, że na dawno już przebranej giełdzie nazwisk pole manewru jest niewielkie. A na żużlowym bezrybiu… 😉

W Tarnowie Pedersen ma być liderem drużyny. Pewniakiem pod numer 1 lub 5, o czym trener Paweł Baran najpewniej zdecyduje po pierwszych meczach sparingowych. I ma szansę nim być o ile dobrze przepracuje zimę i uniknie kontuzji, co przy jego brawurowej jeździe nie jest takie oczywiste. Najprawdopodobniej do teamu dołączy już wkrótce Peter Kildemand i pozostanie poszukać mocnej rezerwy. Parę juniorską tworzyć mają miejscowi juniorzy z Patrykiem Rolnickim na czele.

fot. Mateusz Dzierwa

Jesteś offline. Połącz się z siecią i spróbuj ponownie