Po mojemu (10): granica żużlowej prywatności

Gdzie się kończy i czy w ogóle istnieje? W ostatnim czasie to jeden z kluczowych tematów żużlowej egzystencji, który w kulminacyjnym dla siebie momencie wyparł z agendy nawet wybory parlamentarne, czy nobla dla Tokarczuk. Jak zwykle w takich sprawach żużlowa brać mocno się podzieliła, choć w żużlu, jak w życiu – nic nie jest czarne lub białe.

Co wolno sportowcowi i gdzie leży granica jego prywatności? Odpowiedź w zasadzie powinna być prosta: tam gdzie sam zainteresowany ją sobie postawi. W dobie wszelakich mass mediów, a w szczególności niekończącego się dostępu do sieci bardzo trudno jest zachować anonimowość, więc nie ma się co dziwić, że ukrywanie siebie jest jeszcze trudniejsze dla kogoś, kto zwyczajnie anonimowy nie jest. Z żużlowcami to jeszcze nie jest tak najgorzej, choć w miastach, gdzie popularność tego sportu wykracza poza skalę przeciętności, ich wypady na miasto kończą się najczęściej sporą liczbą bliskich spotkań trzeciego stopnia z rozpalonymi fanami. To i tak pół biedy. Wyobraźcie sobie przegrany w bardzo złym stylu mecz i takiego żużlowca, który wracając do domu wstąpi na stację benzynową, żeby kupić wodę, czy chleb (bo przecież nie paliwo). Znam historie zawodników, którzy po porażce w lidze potrafią tydzień nie wychodzić na miasto. Cena sławy, na którą nie mają oni wielkiego wpływu.

W internecie jest już inaczej. Jestem głęboko przekonany, że żużlowcy, szczególnie młodzi sami wystawiają się na obstrzał. Tu fotka z wakacji, tam zdjęcie z kotem, a tu w towarzystwie dziewczyn, czy w nowym, luksusowym samochodzie. Ludzie będą oceniać, a co gorsze – także wydawać wyroki. No bo jak taki iksiński, który w ostatnich ligowych spotkaniach pojechał “jak miernota”, może tak bez choćby krzty samokrytyki odpoczywać na kanapie ze szklaneczką soku pomarańczowego? Skandal. Dlatego też od samego zawodnika zależy w dużej mierze, kiedy i w jaki sposób będzie prezentował się w sieci.

Weźmy na przykład takiego Janka Kołodzieja. Ktoś widział jakieś relacje z jego prywatnego życia? Nie widzę rąk na sali. Wszystko co wiążę się w sieci z Kołodziejem, krąży tylko i wyłącznie wokół żużla, ewentualnie prowadzonej przez niego szkółki. Czy to oznacza, że Janusz nie lubi internetów? Nie. Po pierwsze zwyczajnie nie ma na to czasu, a po drugie ma wokół siebie ludzi, którzy doskonale wiedzą co można, a czego raczej nie warto upubliczniać. I tak o to kibice wiedzą, że Janusz Kołodziej jest bardzo dobrym żużlowcem i jak ten swój fach realizuje niemal każdego dnia. Cała reszta zostaje w kołodziejowych czterech ścianach. Bardzo podoba mi się też sposób w jaki swoją karierę prowadzi Mateusz Cierniak, stroniący od fejsbuków, tłiterów, czy instagramów. Nie, że nie korzysta – to oczywiste, ale robi to w trybie, który nazwałbym po prostu “normalnym”. Dużą rolę odgrywają tutaj też jego rodzice, którzy bardzo umiejętnie i w ramach zdrowych zasad pomagają Mateuszowi w rozwoju nie tylko sportowym. To bardzo poukładany chłopak, z wielką sportową ambicją.

Skąd więc biorą się te wszystkie pretensje o wchodzenie w życie prywatne żużlowców? Bardzo trafnie opisała ten problem nasza koleżanka Ewelina, która zajmuje się sportową fotografią. W trakcie sezonu żużlowego, ale też poza nim jest wiele sytuacji, w których można spotkać zawodnika w zupełnie prywatnej sytuacji (na rynku, na zakupach, w kościele, itd.). Czy fotograf może zrobić zdjęcie? Pewnie, że może, o ile sam zainteresowany wyrazi na nie zgodę. W innym przypadku będzie to co najmniej nieodpowiednie. Co innego w czasie, gdy ten sam jegomość ubiera kevlar i wsiada na bezhamulcowy motocykl. Wtedy jest osobą jak najbardziej publiczną, więc zdjęć można robić “ile w kartę wejdzie”. Wydaje się, że to jest właśnie ta podstawowa zasada, którą winni kierować się fotoreporterzy, dziennikarze, kibice, ale też i sami zawodnicy. Wszystko, co wykracza poza te ramy, jest świadomą lub nie (w przypadku np. zdjęć z ukrycia) wolą samego zawodnika. Idąc dalej: nie chcesz, żeby komentowali styl umeblowania twojej łazienki? Nie wrzucaj jej zdjęć do internetu. Nie chcesz, żeby ludzie krytykowali twoje wakacje na Majorce, poprzedzone zwolnieniem lekarskim z nakazem leżenia w łóżku? Zostaw sobie piękne widoki zachodzącego hiszpańskiego słońca dla siebie. W innym wypadku musisz być świadomy, że powstanie przynajmniej kilka artykułów bynajmniej o zabarwieniu cytrusów i piasków Majorki.

A jeśli chcesz się pochwalić, rób to z głową jak kolega Artiom. 😉

View this post on Instagram

🤟🏻👍🤝

A post shared by Artem Laguta #️⃣2️⃣2️⃣2️⃣ (@laguta222) on

fot. Róża Koźlikowska

Jesteś offline. Połącz się z siecią i spróbuj ponownie