Po mojemu (13): Była zima i jej nima

Czas biegnie nieubłaganie, choć kiedy przyszło mi usiąść do napisania tego tekstu ciągnął się on niesłychanie, zupełnie jak oczekiwanie na tego cholernego koronawirusa. Dosłownie. Nie ukrywam – trochę przez te kilka miesięcy zardzewiałem, żużlowe myślenie się przestawiło i chyba dopiero ryk warczących motocykli obudzi we mnie zapał do sportu w ogóle. A przecież tyle się ostatnio działo…

Czy zaskoczyła mnie decyzja Grega Hancocka? Ani trochę. Każdy z nas w podobnej sytuacji wybrałby zapewne rodzinę. Nie ma sensu wchodzić w szczegóły, ale Greg zawsze dobrze kalkulował. W tym przypadku do rachuby nie wchodziły może złotówki, ale coś zdecydowanie ważniejszego, bo zdrowie swojej żony i – nie ma się co oszukiwać – także swoje. Amerykanin swoją decyzją prawdopodobnie trochę namieszał i zaburzył koncepcję prezesowi Mrozkowi, lecz z drugiej strony wydaje się, że sternik PGG ROW-u gdzieś z tyłu głowy był na ten wariant przygotowany. Przynajmniej mentalnie. Ja bym był.

Zaskoczyła natomiast informacja rodem z Australii i kontrakt Jason’a Crumpa w brytyjskiej Premiership. Dla mnie zdecydowanie news numer jeden całej tej przerwy międzysezonowej. Pomyślcie tylko, 45 lat na karku, formalnie 8 lat bez profesjonalnej jazdy na żużlu i kontrakt w lidze, gdzie ścigają się na serio. Bomba! Oczywiście, w obecne umiejętności Crumpa nie mam podstaw wątpić, bo chyba takich rzeczy ci motocyklowi wyjadacze nie zapominają. Sam, mam nadzieję, że w tym wieku będę mógł jeszcze kopnąć w gałę z kolegami. Australijczyk zrobi to jednak znów na poważnie. Przecież już sam fakt pojedynkowania się w wyspiarskiej lidze z innym gigantem żużla, Nickim Pedersenem jest fascynujący. Bierzcie ode mnie pieniądze i dawajcie mi to w telewizji.

30 dni do startu PGE Ekstraligi, a pierwsze sparingi już w zasadzie za moment. Nie wiem jak wam, ale mi ten zimowy jesienno-wiosenny okres żużlowej nicości zleciał niesamowicie szybko, więc mamy marzec. (Swoją drogą, miesiąc kolegi redaktora Konrada Marca, który pewnie teraz świętuje. A znam historię gościa o imieniu January, który w styczniu pił na umór, bo – jak twierdził – cały miesiąc ma imieniny. Także wiecie…). Dziś odwiedzając swoją stronę po długich tygodniach posuchy, musiałem zetrzeć z półek kurze i pousuwać wirtualne pajęczyny, które pojawiły się na serwerze. Inne obowiązki sprawiły, że w pewnym momencie chciałem nawet zamknąć ten publicystyczny grajdołek i zająć się sprawami ważnymi. Nie udało się także pojawić na uroczystym otwarciu sezonu Unii Tarnów. Bardzo z tego miejsca dziękuję managerowi Tomkowi Proszowskiemu i Prezesowi Łukaszowi Sademu za zaproszenie. Podobno było bardzo sympatycznie i mobilizująco. Teraz to pewnie pierwszoligowy finał jest na wyciągnięcie ręki. Tylko wciąż tej łopaty nie widać. 😉 Koniec końców strona rafalmartuszewski.com wraca do żywych i mam nadzieję, że znajdziecie tu treści unikalne, niesztampowe i nieco inne niż oferują moi koledzy. Ale to wszystko w swoim czasie. Na razie czekajcie i idźcie na treningi. W maseczkach.

Pozdrawiam serdecznie!

Jesteś offline. Połącz się z siecią i spróbuj ponownie