Zaczęło się. Pierwszy pełny weekend spod znaku żużla za nami i nikt nie wmówi mi, że tegorocznych IMME i Mistrzostw Polski Par Klubowych nie chciał oglądać, bo to zwyczajnie słabe z definicji zawody są. Nie u progu sezonu, kiedy każdy kibic czeka, a każdy zawodnik szuka jazdy, szczególnie tej spod taśmy o jakąkolwiek stawkę. No chyba, że jesteś Nickim Pedersenem. Wtedy to już niekoniecznie…

O Duńczyku słów więcej niż kilka. Sobota i niedziela ukazały bowiem dwa jakże ważne dla przebiegu kariery tego zawodnika oblicza. Pierwsze, to zupełnie sportowe mówi nam po raz kolejny, że Pedersen jest w formie. Nie jakiejś kosmicznej, lecz w wysokiej jak na swoje obecne możliwości dyspozycji, dającej oczywiście nadzieję na więcej niż przyzwoity wynik w PGE Ekstralidze. Występ w IMME w Toruniu niejako potwierdził dobre przygotowanie sprzętowe i kondycyjne żużlowca Zooleszcz GKKM-u Grudziądz i ten klasyczny pedersenowy zadzior, bez którego Nicki nie jest sobą. Duńczyk nie byłby też sobą, gdyby nie pokazał swojego niesfornego charakteru. W zasadzie nie moglibyśmy mówić o otwarciu żużlowego sezonu, gdyby nie jakiś ekstrawagancki wyczyn Nickiego Pedersena. „Na szczęście” nie musieliśmy czekać długo, bo w Poznaniu, w finale MPPK, żużlowiec startujący w duecie z Przemkiem Pawlicki wygrał dla Grudziądza bieg podwójnie i… zniknął. Prowadzący transmisję i komentujący zawody panowie z nSport+ szybko zasugerowali widzom, że po intensywnej wymianie zdań z kolegą z drużyny (Pawlicki wywiózł Pedersena na jednym z łuków) Nicki udał się pod prysznic, spakował większość bagażu i oddalił się z miejsca akcji. Efekt taki, że do Przemka w trakcie zawodów dołączył Krzysztof Kasprzak, a GKM wywalczył w Poznaniu być może „tylko brąz”. Były mistrz świata nie pojawił się nawet na podium, najwyraźniej obrażony na kolegów, sztab i cały żużlowy świat.

O ile dziennikarze, czy postronni kibice mają z tego incydentu „bekę” lub po prostu przechodzą obok niego wzruszając ramionami (wszak to przecież „klasyczny Pedersen”), o tyle władze klubowe w Grudziądzu jak najszybciej powinny zareagować. Sprawa u progu tak ważnego dla drużyny Janusza Ślączki sezonu nie może zostać zbagatelizowana i puszczona w niepamięć bez choćby jednej konkretnej rozmowy, najlepiej z obydwoma panami. Nicki Pedersen, jakkolwiek jest najważniejszą postacią tej drużyny i nawet jeśli wszystko wskazuje na to, że będzie przywoził stos punktów co mecz, swoim zachowaniem nie może negatywnie wpływać na morale całego zespołu, atmosferę w szatni i niechęć reszty ekipy do samego siebie. Dla GKM-u najlepszym rozwiązaniem byłoby gdyby obaj bezzwłocznie wyjaśnili sobie całą sytuację, wypili po jednym bezalkoholowym i wrócili do profesjonalnej roboty. Z tego co jeszcze w trakcie poznańskich zawodów pisał prezes Marcin Murawski rozmowa z Duńczykiem na pewno się odbędzie. I niech to zostanie najlepiej za klubowymi drzwiami.

***

Bartosz Zmarzlik nie zaskakuje i jak zwykle imponuje. Obserwując człowieka ze Stali można jest się przekonanym, że ten nie rozróżnia zawodów na te arcyważne, mniej ważne i takie „o pietruszkę”. Facet w każdym kolejnym swoim starcie wyciąga maksa ze swojego sprzętu i sportowych możliwości. No, ale przecież to zwyczajny frazes, bo o tym doskonale wszyscy wiemy od lat. Zmarzlik wysyła jasny sygnał do rywali i środowiska – możecie mnie gonić, ale mnie nie złapiecie. I to, na nieszczęście dla całej reszty stawki, zdają się potwierdzać rezultaty osiągane przez naszego mistrza świata.

IMME: 16 (3,2,3,3,2,3)
MPPK: 16 (3,3,3,3,3,1)
Kryterium Asów: 15 (3,3,3,3,3)

Kosmos.

Trzeba to napisać, a najlepiej przekazać samemu zawodnikowi. Najwięcej frajdy mamy wówczas, gdy Zmarzlik przegra start. Patrzenie na jego elastyczną sylwetkę i umiejętności w wydobywaniu ponad 100% możliwości motocykla, na którym się porusza jest kilkukrotnie lepszym doznaniem niż najlepszy film akcji, czy atrakcja w parku rozrywki. No chyba, że i spod taśmy jest najlepszy. Wtedy to w zasadzie można zmienić kanał.

Czy ktoś doścignie w tym roku Bartosza Zmarzlika? Obawiam się, że nie. Obawiam się nie dlatego, że mu tego nie życzę. Martwię się, że ten facet zakończy nam szybciutko rozgrywki o tytuł IMŚ, czy nawet IMP w nowej formule. Na starcie nowej kampanii wygląda to dla niego więcej niż obiecująco, choć jak go znamy to i tak nam powie, że wcale tak nie jest, że jeszcze tu i tam trzeba poprawić, rywale nie śpią, a pracować to trzeba dzień i noc. Profesjonalista.

fot. Ewelina Włoch-Wrońska

Rate this post

Jesteś offline. Połącz się z siecią i spróbuj ponownie